Walerych to birbant i letkiewicz, który w sztuce mimochodem ujawnia swoje drugie, na co dzień dyskretnie skrywane, oblicze wrażliwca. Ostrzegam.
Łączy nas pewnego rodzaju układ, który ośmielę się nazwać serdecznym. Wyjaśniam to na wstępie aby od razu rozwiać jakiekolwiek podejrzenia o
bezstronność i obiektywizm. Ale czyż subiektywność nie jest cechą przynależną większości wypowiedzi o sztuce?
Nasza znajomość sięga głęboko w lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, do czasów kiedyśmy obaj, dodam że bez powodzenia, starali się o przyjęcie na
wydział sztuk pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Z tamtych wspólnie spędzonych nocy i dni, poza nawiązaną przyjaźnią, która uprawiana z
dużym umiarkowaniem przetrwała do dzisiaj, zapamiętałem dwa zwłaszcza uczucia: dyskretnie kłującej męskiej zazdrości o względy wspólnie adorowanej
pięknej kobiety (którą Antek ostatecznie zdobył) oraz namiętności do muzyki Ryszarda Wagnera, którą mnie Walerych zaraził. Ta druga przetrwała do
dzisiaj. U mnie w stanie platonicznym, u Antoniego wręcz przeciwnie, w stanie intensywnie czynnym. Zresztą wątek muzyczny, nie tylko wagnerowski,
przewija się zwłaszcza w rzeźbiarskiej twórczości Antka.
Od tamtego czasu każdy poszedł własną drogą. Antoni dopiął swego: dorobił się gromadki dzieci i został rzeźbiarzem, ja splotem przypadków dziennikarzem.
To jednak nie tłumaczy mojego tu pisania. Otóż zdarzyło się zeszłego roku, że wędrując po internecie trafiłem na witrynę Antka z galerią rzeźb i
malarstwa. Im dłużej oglądałem, tym bardziej mi się podobało. Od Ryb bił geometryczny spokój, obraz zatytułowany Kaczki na śniegu tak mnie rozweselił,
że z rozpędu napisałem do Antka: „Gratuluje i zazdroszczę ludziom, którzy te obrazy mają w domu. W ogóle malarstwo Twoje jest jak klarowny destylat
jakiegoś szlachetnego trunku, bądź jak zachwycający idealną strukturą kryształ.” Zdań tych nie odwołuje.
Przypuszczam, że ów przebłysk mojej niekontrolowanej wylewności, sprawił, że w głowie Antka zakiełkowała myśl podstępna aby zrezygnować z usług
zawodowego krytyka i mnie amatora wielbiciela zaprząc pisania. Posiłkując się bezczelnymi komplementami i genetycznym poznańskim talentem kupieckim
urobił mnie Antoni bez trudu i fachowo, jak rzeźbiarz glinę.
To jasne, patrzę na twórczość Antoniego okiem nie uzbrojonym w profesjonalny aparat krytyczny. Ale nie łudźmy się, że oko mam niewinne. Ikonosfera, w
której jesteśmy zanurzeni, wdrukowała w naszą podświadomość miliony obrazów, scen z widoków, które dane nam było oglądać w ciągu całego życia. Widziane
na żywo, w oryginale, w filmowej bądź papierowej reprodukcji, z czasem zlały się w tło, które teraz stanowi kontekst dla twórczości Antka.
Jest też dodatkowa komplikacja. Doskonale pamiętam własne rozczarowanie, kiedy dane mi było zobaczyć, podziwiany wcześniej z reprodukcji, oryginał
Niebieskiego wazonu Cezanne’a: że taki mały i wyblakły, podczas gdy reprodukcje sugerowały czyste barwy. Twórczość Antka, wyznam ze wstydem, znam w
lwiej części także nie z oryginału. Przecież jednak nie musi to być przeszkodą. Skoro widok prawdziwego Niebieskiego wazonu nie zbrzydził mi Cezanne’a,
to i oryginały nie muszą mi zepsuć smaku na Walerycha. Zafałszowania wrażeń i emocji, ale i zachwyty na lini: oryginał dzieła reprodukcje, mogą działać
w dwie strony.
Nad zdjęciem pewnie bym się dłużej nie zatrzymał. Ale Antoni zabrał mnie kiedyś do Swarzędza i w tamtejszym kościele pokazał swojego Chrystusa
ukrzyżowanego. Wrażenie było piorunujące. Stal poszarpanego ciała na tle białej ściany do dziś tkwi w mojej głowie jak oksydowany gwóźdź. Pamiętam
dziwną ulgę, jaką poczułem wpatrując się w Ukrzyżowanego. Było tak, jakby potężny życiowy katzenjammer gdzieś znikał, powietrze stawało się świetliste i
wzbierało przekonanie, wręcz pewność, że żaden grzech nie jest ostateczny, bo został już wcześniej odkupiony zgodą na potworne cierpienie. On myślałem
w istocie rozszarpał się sam, a oprawcy, podobnie jak Judasz, byli tylko koniecznymi narzędziami. Potem jeszcze gnostycki duch namawiał do pytań o rolę
w tym wszystkim Ojca i jego okrutną dobroć. Co było dalej wiemy z Ewangelii: zmartwychwstał, wstąpił do Nieba, siedzi po prawicy Ojca, a królestwu... Na
szczęście Antek tego nie dopowiada. Czy tylko dlatego, ze jako artysta sam sobie nie udziela prawa aby rzeźbą dopowiadać i unaoczniać ciąg dalszy męki i
zmartwychwstania?
Sam ciszę się dwoma podarunkami od Antka. Pierwszy to rzeźba: pierwszorzędnie odrobiona głowa Wagnera. Drugi to obraz zatytułowany O cioci Poli, która w
oknie ciało swe rozpostarłszy, wujka Edzia pamięć szargać poczęła. Trzeba dopiero zobaczyć obraz aby zrozumieć i posmakować humor tego literackiego
dopełnienia. Antek dowcipem maskuje utajnioną i niemożliwą do zaspokojenia tęsknotę za dziełem pełnym, integralnym, wszechogarniającym.
Akty Antoniego są strzeliste. Tłumaczą się nie tylko jego pociągiem seksualnym do płci odmiennej, lecz także zdziwieniem, zaciekawieniem, fascynacją
tajemniczą innością kobiety. Ciekaw, że żaden z synonimów „kobieta” nie nadaje się do opisów tylu obrazów: ani niewiasta, ani dama, ani pani, ani
dziewczyna, ani ślicznotka, szelmutka, laska, dziewoja, dupeńka, babka, baba, rodzicielka, matrona, dama... Pasuje tylko kobieta, której istotę Walerych
studiuje w tysięcznych wariantach. Przy czym nie cała postać jest warta uważnych i cierpliwych studiów. Strefa najbardziej tajemnicza i pociągająca to
obszar rozciągający się od podbródka do kolan. Twarz nie ważna, wystarczy owal, stopy też nie. Istotne jest to, co pomiędzy: ramiona, piersi zawsze
strzeliste, mocne uda. Zastanawia fakt, że mimo nagości, w obrazach Antoniego- kobieciarza przecież – z cielesnością w znaczeniu ścisłym nie mamy do
czynienia, zaś seksu jest tyle co kot napłakał. Postaci pozbawione są miękkich kształtów, obłości, przeciwnie szkicowane ostrą kreską są zuchwałe,
geometryczne i kanciaste, choć oczu widza nie kaleczą. Jakby portretując, zarazem opakowywał w formę, która sprawi, że portret będzie dla bohaterki
bezpieczny. Wszelkie domniemane czułości, intymność wnętrza, subtelność uczuć zamyka malarz w kolczastej zbroi. Z zazdrości, z zachwytu, z delikatności,
z wyrachowania? Może być tak, że ta pozornie surowa forma jest próbą obrony przed bezwstydną nachalnością wojerysty, której tak wokół wiele. Byłbym to
zrozumiał.
Mimo tych dywagacji mam do sztuki Antoniego stosunek zasadniczo konsumpcyjny. Bez celebry i nabożeństwa. Może dlatego, że w sztuce najciekawsze wydaje
się to co „pośrodku” pomiędzy awangardą artystyczną a komercyjnym stereotypem. Od czasu zuchwałego gestu Marcela Duchampa, który jako dzieło sztuki
uznał muszle pisuarową i opatrzył innym tytułem Fontanna, minęło z górą dziewięćdziesiąt lat. Niestety ambitni awangardyści do dziś w tysięcznych
odmianach powtarzają do znudzenia ten rewolucyjny niegdyś koncept, tak że zbanalizował się do imentu. Na ich tle Antoni jawi się jako tradycjonalista w
dobrym guście. Nie wypełnia misji, nie rewoltuje, nie epatuje bebechami, nie walczy „o sprawę”. Jest jak powiada Konwicki wrażliwym remiechą, który
umiejętnie i z wyczuciem balansuje pomiędzy biegunami kultury wysokiej i niskiej, w strefie środka.
Nie mam zielonego pojęcia czy sztuka Antoniego wejdzie do historii, czy nie wejdzie i guzik mnie to obchodzi. W moja prywatną historię już weszła i to
mi się podoba. Nie musicie się ze mną zgadzać.
Konrad Stanglewicz
kwiecień 2006

Twórczością i życiem Antoniego Walerycha kierują pewne cechy charakterologiczne, które stanowią o Jego osobowości. Przede wszystkim mam na myśli wrażliwość, spontaniczność, absolutną szczerość wypowiedzi artystycznej, wynikającą ze szczerości w stosunku do siebie jaki i do drugiego człowieka.
Wymienione cechy w połączeniu z kultowym stosunkiem do kobiety pozwalają tworzyć rzeźby emanujące specyficznym klimatem, odbieranym przez naszą podświadomość, lub wręcz drażniące fizycznie nasze zmysły.
„Kobiecość” A.Walerycha czytelna w jego pracach mimo daleko idącej transformacji to nie tylko stosunek do ciała, a może przede wszystkim filozofia widząca kobiecość jako symbol wszelkiego ŻYCIA, symbol trwałości czy kontynuacji. To również symbol wszystkich naszych często bardzo intymnych odczuć, uczuć czy przeżyć.
Tak rozumiana „kobiecość” pozwala A.Walerychowi na daleko idącą deformacje ciała kobiecego, na swobodne operowanie bryłą aranżującą przestrzeń, nadając im piętno swej indywidualności.
Jego twórczość nie jest manifestem czy demonstracją za czymś czy przeciwko czemuś, jest wynikiem olbrzymiego ładunku emocjonalnego podbudowanego temperamentem, który waży na jego życiu i twórczości.
Świadomie obnaża swoje intymne wnętrze, sferę prywatności przeżyć nie bojąc się ingerencji czy niewłaściwej oceny profana. W tym przejawia się kolejna cecha Antoniego pogoda ducha i pozytywny stosunek do życia i ludzi.
Chęć dania z siebie jak najwięcej w imię zafascynowania życiem i jego symbolem KOBIETĄ poparta wspaniałym wyczuciem bryły i przestrzeni rzeźbiarskiej pozwala mu tworzyć obiekty o nieprzemijającej wartości.